Ciąża,  Drugie dziecko,  Parenting,  Trudy macierzyństwa,  Z życia mamy

Poród w prywatnej klinice Swissmed w Gdańsku

Poród dziecka to najpiękniejszy moment w życiu, ponieważ pojawia się długo wyczekiwane dziecko. Niestety poród nie zawsze sam w sobie jest piękny. Czasami przypomina horror, o którym nie można zapomnieć przez długi czas. Całe szczęście jeśli dziecko wychodzi z tego bez szwanku, ale właśnie głównym czynnikiem jest tu wspomniane szczęście.

Mój pierwszy poród z Inez taki właśnie był, bardzo traumatyczny. Wciąż się sobie dziwię, że zdecydowałam się być po raz kolejny w ciąży, ale czego się nie robi z miłości. A podobno, najlepsze co można dać swojemu dziecku to rodzeństwo. Może z początku tego nie docenią, ale z biegiem czasu zrozumieją, jakie to ważne mieć w kimś takim oparcie. W każdym razie, po masakrycznym porodzie, miałam znów przez to przechodzić. Przez całą ciążę przygotowywałam się psychicznie, wiedziałam już mniej więcej co mnie czeka, podchodziłam do tego z myślą – jakoś to będzie, nie będę sama…

I wtedy pojawił się on – korona wirus. COVID-19 zaczął szaleć, rozprzestrzeniać się tak szybko, że nikt nie był bezpieczny. Dochodziły do mnie wiadomości o zamykanych porodówkach, zgonach po CC, braku podstawowych środków ochrony w szpitalach. Korona wirus to jedno, ale możliwość zarażenia się czymś innym, zmęczonym personelem, traktowaniem jak trędowatej i najgorsze – samotny poród – to było już za wiele. Tak właśnie padła decyzja o porodzie w prywatnym szpialu Swissmed w Gdańsku.

Z powodu panującej sytuacji moja kwalifikacja odbyła się telefonicznie i ustaliliśmy, że jeśli nie urodzę sama to mam się stawić w dniu terminu. Jak niektórzy z Was wiedzą pod koniec ciąży pojawiło się u mnie nadciśnienie i z tego powodu musieliśmy wywołać poród na tydzień przed terminem. Skontaktowałam się z kliniką i następnego dnia już leżałam w szpitalnym łóżku.

Po badaniach pani doktor przedstawiła mi wszystkie możliwości, podpisaliśmy umowę, dokonaliśmy płatności i zostałam zaprowadzona do mojego prywatnego pokoju w łazienką. Pokój był ładny, jasny i czysty – bardzo dbają tam o czystość, Pani sprzątająca zaglądała po kilka razy dziennie. Łóżko, w którym jak wiadomo spędziłam najwięcej czasu było wygodne i posiadało funkcje podnoszenia oparcia, z czego dużo korzystałam dla swojej wygody. W pokoju była szafa na ubrania, telewizor z kablówką i stół z krzesłami, przy którym można było zjeść posiłki. Jedzenie pojawiało się trzy razy dziennie i było smaczne. Wzięto pod uwagę moją dietę bezlaktozową i Pani z kuchni o tym pamiętała przygotowując dla mnie posiłki. Jeśli czegoś nie zjadłam, bo np. nie mogłam ze względu na próby wywoływania, to później zostawało mi to podgrzane w piecu. Z “obsługi” byłam bardzo zadowolona. Tak samo zadowolona byłam z opieki położnych, przesympatyczne kobiety, które często do mnie zaglądały i oferowały swoją pomoc w wielu rzeczach, nawet gdy o to nie prosiłam.

Mój pobyt w szpitalu trwał 6 dni. Przygotowanie do porodu czyli preindukcja trwała 3 dni: żel prepidil, balonik foleya i próba oxy. Żadne z nich nie wywołało porodu, jedynie skurcze, dzięki którym wszystko się przygotowało – szyjka skróciła, zrobiło rozwarcie i tak dalej. Każdego dnia miałam badanie, liczne KTG, wszystko pod kontrolą, nikt nie naciskał na szybkie działania. W podstawowym pakiecie są dwie doby pobytu od momentu porodu, ale moje wcześniejsze “wczasy” nie były dodatkowo płatne.

Czwartego dnia od 7 rano byłam podłączona pod pompę z oksytocyną i KTG. Szło powoli, zdążyłam nawet się zdrzemnąć i obejrzeć film, później jak już wstałam to mimo, że na KTG skurcze były niskie (30) to mnie już bardzo bolało w krzyżu (skurcze krzyżowe, znowu). Położna i lekarka miały cały czas podgląd u siebie na ten zapis, ale niestety skurczy z pleców on nie łapie. W każdym razie po badaniu okazało się, że już mam 4cm, więc kąpiel i „te sprawy”, a następnie na salę porodową. Dostałam oczywiście coś na ten pierwszy ból, ale na sali skurcze znów okorpnie bolały i było już 5cm, więc dostałam znieczulenie zewnątrz oponowe. Była to najlepsza dezycja – czułam skurcze, ale nie były bolesne. Ogólnie cały porodów byłam podpięta do oxy, zzo i innych maszyn kontrolujących nasze funkcje życiowe – także nie mogłam się przemieszczać, ale nie przeszkadzało mi to bo byłam już zmęczona i wygodnie mi się leżało. Na ostatnią fazę zostałam tylko odłączona od części aparatury, abym mogła spokojnie się poruszać na łóżku porodowym.


Przez cały poród na sali był mój narzeczony (to był ostatni poród rodzinny w tej klinice), lekarz, położna, dwie neonatolożki, które czekały na Zoykę. Anastezjolog i jego asystentka zaglądali od czasu do czasu, czy wszystko ok. Przez cały czas pani doktor i położna wspierały mnie i prowadziły przez poród – mówiły co robić, co się aktualnie dzieje, jak wygląda sytuacja, dostawałam nawet mokre okłady – żeby dodać mi sił.
Finalnie miałam niewielkie nacięcie, Zoyka urodziła się zdrowa i bezpiecznie.

Opieka po porodzie również była na wysokim poziomie, dostałam ciepły obiad do łóżka, przeciwbólowe na żądanie (do wyboru kilka), położne troskliwe i dostępne cały czas. Moja sala również była zaopatrzona w podkłady i maty poporodowe, a dla Zoyki były pieluszki, chusteczki i kosmetyki.

Już w trakcie ciąży postanowiłam, że nie będę karmić piersią, co jest tematem bardzo kontrowersyjnym dla wielu osób. Ja jestem zdania, że każda kobieta ma prawdo do wyboru i do tego, aby jej nie oceniać z tego względu. Zwłaszcza, że nie wiemy co stoi za tą decyzją. Nie ukrywam, że to była jedna z moich obaw jeśli chodzi o poród, że będzie mocny nacisk na kp, że mm będzie słabej jakości, albo wcale nie będzie dostępne. Przy Inez, gdy koleżanka z sali raz poprosiła o mm, to do końca pobytu była wyśmiewana i gnojona. Mimo, że potem już karmiła piersią, zwyczajnie na początku nie miała pokarmu, dlatego prosiła o te mm.

O tym, że nie będę karmić napomknęłam przy kwalifikacji – spytałam czym dysponują, a co muszę spakować – okazało się, że między innymi posiadają nakładki na sutki, więc nie muszę mieć – wtedy odpowiedziałam, że nie planuję kp, a Pani uprzejmie mnie poinformowała, że dysponują mlekiem modyfikowanym HIPP. Później już o tym nikomu nie mówiłam, jedynie na sali porodowej odbyłam krótką rozmowę z Panią doktor w jaki sposób chcę zatrzymać laktacje – wybrałam dwie tabletki – które super podziałały. Później już nikt o to nie pytał, nikt nie naciskał, ale każdy wiedział – chociaż były różne panie na zmianach. Położne donosiły mm na każde nasze zawołanie – wciśniecie guziczka – nigdy nie musiałam na nie długo czekać, zawsze ciepłe. W nocy to nawet często słyszały, kiedy się budzimy i już były w gotowości.

Jeśli chodzi o pomoc przy dziecku, to pierwsze przebieranie, karmienie wykonywały panie. Również w noc po porodzie czułam się bardzo słabo, więc Zoyka pojechała do “ciotek” na kilka godzin, abym mogła dojść do siebie. Oddawanie dziecka do opieki było kolejną rzeczą, której się bałam po porodzie Inez. Pamiętam jak te dzieci, które musiały być oddzielone od matek płakały… W Swissmedzie czegoś takiego nie było (byłam kilka dni przed porodem, także już zwróciłam na to uwagę), Zoyka była dobrze zaopiekowana – przebrana, nakarmiona i nawet nowy smoczek dostała.

Zoya miała zrobione wszystkie badania i szczepienia, tak samo jak w publicznych placówkach. Ja tak samo, poza tym po tygodniu od porodu odwiedziłam jeszcze raz szpital, aby ściągnąć szwy po nacięciu krocza. Miałam kilka szwów, ale w porównaniu do masakry jaką zrobili mi przy Inez (parenaście szwów wewnętrznych i zewnętrznych, rana na długość palca wskazującego i okropny ból przez ponad rok), to nic. Teraz jestem dwa miesiące po i już nie boli mnie nic.

Cieszę się, że zdecydowaliśmy się na poród w tej klinice i naprawdę polecam to miejsce. Taki poród i opieka są dla mnie warte każdej złotówki. Mam nadzieję, że opisałam wszystkie interesujące was kwestie odnośnie prywatnego porodu, ale jeśli macie jeszcze jakieś pytania to piszcie w komentarzu.